TA STRONA WYKORZYSTUJE PLIKI COOKIE zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki.
Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w naszej Polityce prywatności.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu
Dorota i Krzysztof Komorniccy



Mieszkańcy Wójtowic koło Bystrzycy. Ona z wykształcenia zootechnik, on dziennikarz i historyk, prezes Polskiej Agencji Prasowej i poseł na Sejm kontraktowy (1989-91). Pochodzą z różnych miast – pani Dorota z Poznania, a jej mąż z Krakowa. Na Ziemię Kłodzką trafili... dzięki owcom. Po latach dynamicznej pracy nie stracili energii. Prowadzą Fundusz Lokalny Masywu Śnieżnika, pomagając tutejszej społeczności.
Z Dorotą i Krzysztofem Komornickimi rozmawia Maciej Schulz.

Jak trafili Państwo na Ziemię Kłodzką?
DK: Trafiłam tu przez listy Krzysztofa, który mieszkał już w Wójtowicach. Opisywał w nich trudy wiejskiego życia. Przyjechałam do niego z Nowego Jorku, gdzie przebywałam na praktykach techników i inżynierów rolnictwa. Sprowadziłam się tutaj w grudniu 1979 r. Na początku nie było łatwo, bo dom był w fatalnym stanie technicznym, a w rurach zamarzała woda. Dodam, że urodziłam się w Poznaniu, a na Ziemię Kłodzką trafiłam znacznie wcześniej od Krzysztofa. Mieszkałam w Polanicy, gdzie mój ojciec był dyrektorem oddziału Funduszu Wczasów Pracowniczych. Potem przenieśliśmy się do Książa pod Wałbrzychem. Tereny te nie były mi więc obce.
KK: Ja urodziłem się w Krakowie, potem z moją rodziną wyjechaliśmy do Warszawy. Przez kilka lat mieszkałem zagranicą – w Wielkiej Brytanii i Francji, gdzie ukończyłem studia. Do Polski wróciłem w 1969 r. i zostałem redaktorem Polskiej Agencji Prasowej. Po kilku latach miałem dość i koniecznie chciałem uciec z Warszawy – po strajkach w Ursusie i Radomiu. Szukałem gospodarstwa żeby móc hodować owce. To właśnie Dorota, która mieszkała wówczas w Książu, pomogła mi znaleźć ten dom. Przyjechałem tu z moją ówczesną żoną i dzieckiem, ale oni nie wytrzymali trudów życia na wsi. Zostałem więc sam z psem. Później dołączyła do mnie Dorota i tak już tu osiedliśmy.
A jak się Państwo poznaliście?
KK: Wraz z grupą dziennikarzy polskich i zagranicznych przyjechaliśmy do Książa w ramach podróży studyjnych po kraju. Mieliśmy spotkanie z sekretarzem komitetu wojewódzkiego PZPR w Wałbrzychu, a potem zwiedzaliśmy m.in. Zamek Książ. Tam na ujeżdżalni, na spienionym koniu, zatrzymała się przed nami blond dziewczyna w kurtce Marlboro. Kompletnie mnie zatkało na jej widok. Dorota opowiedziała nam o zamku, stadninie i koniach. Wymieniliśmy adresy, potem wysłałem do niej życzenia, odpisała mi i tak kontakty między nami stawały się coraz ciaśniejsze, choć nie widywaliśmy się. Ba, nawet bruderszaft wypiliśmy korespondencyjnie.

DK:
Kiedy Krzysztof szukał gospodarstwa do hodowli owiec, znalazłam dom, w którym obecnie mieszkamy. Krzysztof stwierdził, że to jest to, a ja zabrałam się i pojechałam do Nowego Jorku. Kiedy został sam w Wójtowicach doszłam do wniosku, że jestem za to odpowiedzialna i przyjechałam.

Co urzekło Państwa w tych
ziemiach?
KK: Z początku szukałem miejsca na założenie gospodarstwa na Mazurach, ale mimo ciekawych obiektów było tam ponuro. A tu urzekła mnie Dorota, krajobrazy i historia.
DK: To fajne miejsce. Przyjechałam tu z nadzieją, że życie na wsi będzie lepsze i ciekawsze. Sudety są piękne i nie są jeszcze tak zaludnione jak Tatry. Tu mamy więcej przestrzeni.

Na czym polegała Pańska praca w PAP?
KK: PAP to była zwyczajna agencja prasowa działająca w takich warunkach politycznych, jakie wówczas panowały. Moim zadaniem było odnotowanie wydarzeń i przedstawienie ich. Pamiętam, że zakazywano nam używania przymiotników, liczył się tylko fakt. W tamtym ustroju nie można było jednak mówić o wszystkich faktach, a niektóre musieliśmy nazywać językiem ezopowym - np. strajk określany był jako przerwa w pracy. Wiatru w żagle dostaliśmy kiedy do władzy doszedł Gierek. Potem pożegnałem się z PAPem, hodowałem owce. Działalność dziennikarska trwała jednak nadal. Z Wójtowic pisałem do Polityki, a obecnie piszę do wydawnictwa Zdanie. Do PAP wróciłem w latach 90-tych, kiedy premier Włodzimierz Cimoszewicz powołał mnie do rządu na stanowisko prezesa agencji w randze sekretarza stanu.


Ciekawe są też Pana związki
z obecnym prezydentem Polski…
KK: Bez przesady. Jestem mieszaniną szlachecko-industrialną. Rodzina matki posiadała majątki i tytuł hrabiowski, a z kolei pradziadek ze strony ojca był założycielem i właścicielem browaru Okocim. Kiedy otrzymałem nominację na prezesa PAP, prezes Okocimia przysłał mi z gratulacjami dwie skrzynki piwa, których na polskim rynku nie uświadczysz. Spowinowaceni jesteśmy również z generałem Tadeuszem Borem-Komorowskim, u którego mieszkałem i pracowałem będąc w Wielkiej Brytanii, a co za tym idzie również z obecnym prezydentem Bronisławem Komorowskim.

Dziś prowadzą Państwo jeden
z ciekawszych funduszy w kraju.
DK: Tak, żyjemy działalnością społeczną.
KK: Włączyliśmy się w nią w latach 1980-81. Na początku był to Związek Zawodowy Rolników. Później założyliśmy klub dyskusyjny, który następnie zamienił się w stowarzyszenie, będące obecnie jednym z najstarszych na terenie Dolnego Śląska. W 1989 roku, kiedy hodowla owiec stała się nieopłacalna, działalność na rzecz lokalnej społeczności pochłonęła nas całkowicie. Dzięki nam rok 2010 uczyniono rokiem Marianny Orańskiej na Dolnym Śląsku.
DK: Fundusz różni się od innych organizacji pozarządowych. Przede wszystkim nie zbieramy pieniędzy dla naszych członków, ale przekazujemy je dalej. Fundujemy stypendia, przyznajemy granty, wspieramy różne przedsięwzięcia i inicjatywy lokalne. Muszą one być uzasadnione społecznie. Nagradzamy uczniów mających trudne warunki materialne za ich wysiłek włożony w naukę. Obecnie uruchomiliśmy Sudecki Inkubator Aktywności Społecznej, w ramach którego prowadzone są różne zajęcia integracyjne dla młodzieży. Prowadzimy również świetlicę środowiskową. W ubiegłym roku wygraliśmy konkurs na najlepszy program stypendialny, zorganizowany przez Fundację Dobra sieć w Partnerstwie z Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności. Znaleźliśmy się w znakomitym towarzystwie, obok Uniwersytetu Jagiellońskiego i Fundacji BGŻ.
KK: Założeniem funduszu jest również zrównoważony rozwój ziem górskich przy pomocy różnych narzędzi. Od gminy otrzymaliśmy 13 ha ziemi, na których będziemy organizowali Sudeckie Demo. Będziemy tworzyć coś w rodzaju ścieżek edukacyjnych. Przedstawimy winnicę, łąkę objętą programem Natura 2000, archiwum drzew zapomnianych, produkcję bimbru ze śliwek, tkanie giezła z własnego lnu. Chcemy to pokazać ludziom z różnych miejscowości w Polsce i przekonać ich, że warto żyć w górach oraz kultywować tradycje.

Skąd bierzecie Państwo energię
do działania?
KK: Ja ostatnio szukam energii w czeskim bimbrze. A poważnie – jeśli człowiek ma w sobie żyłkę społeczną i widzi ludzi, którzy są w potrzebie, to nie może pozostać obojętny. Siłą napędową jest wrażliwość społeczna.
DK: Dzięki funduszowi cały czas uczę się. Zawsze musimy być o 2-3 kroki do przodu z pomysłami. Sukces powoduje, że wokół sprawy zbiera się coraz więcej ludzi. Ważna w tym wszystkim jest też cierpliwość. Nie można robić czegoś na zasadzie buntu, wściekłości, zawiści bo takie działania nie mają szans na przetrwane. To musi być coś pozytywnego, co nakręca wszystkich wokół.


Podziel się tym co czytasz:

Blip Flaker Twitter Facebook Nasza klasa


< Powrót do listy artykułów

1 kwietnia 2020
Imieniny obchodzą:
Teodor, Grażyna, Irena, Zygmunt

Dzisiejsze wydarzenia

Brak informacji

Punkt informacji
Panorama Ziemi Kłodzkiej